Mimo, że wielu ludzi mianuje listopad najgorszym miesiącem w roku, ja jakoś nigdy nie miałam z nim większego problemu. A mam wrażenie, że im jestem starsza, tym bardziej bezboleśnie mi on mija. Jakoś nie przeraża mnie chwilowy brak słońca, plucha i szaruga za oknem. A już w tym roku listopad w ogóle pogodowo nas rozpieszczał, więc tym bardziej minął bezproblemowo. Niesamowicie CIESZĘ SIĘ, , że nie jestem podatna na zmiany pogodowe i nie wpływają one znacząco na moje samopoczucie. Wiem, że wiele osób ma z tym problem i naprawdę, kiedy brzydka pogoda utrzymuje się trochę dłużej, notuje wtedy wyraźne spadki nastroju. Zdaję też sobie sprawę, jak jest to problematyczne i jaką jestem szczęściarą, że nie muszę z tym walczyć!

CZUJĘ SIĘ lekko zasapana. 😉 Tak metaforycznie. Końcówka roku w naszym domu, z wielu powodów (i nie chodzi tutaj wyłącznie o przedświąteczne przygotowania) wiąże się z permanentnym brakiem czasu. A ponieważ dzieje się tak już od kilku lat, doszłam do wniosku, że ten grudniowy niedoczas to już po prostu nasza tradycja. Walka z nim w ogóle mi nie wychodzi, dlatego tym razem planuję to po prostu polubić i zaakceptować. Jak na razie nawet nie najgorzej mi to wychodzi i ten stan mi nie przeszkadza, ale wiecie, to nie oznacza, że nie czuję lekkiego zmęczenia. Ale! Za to w Święta, w nagrodę, planuję odpoczywać pełną parą.

Być może zabrzmi to nieco patetycznie, ale (z wiadomych względów) w listopadzie dosyć sporo myślałam o naszym kraju i o tym, w jakich czasach przyszło nam żyć. I naprawdę JESTEM WDZIĘCZNA ZA niepodległość. Bo wiecie, jak śpiewa Zeus: „Ludzie noszą w górze brody, jakby pokój im należał się od urodzenia. A wciąż zależy to od miejsca urodzenia. I nic się w tej kwestii nie zmienia”.

A ponieważ myślę, że ciągle mało, za mało wiem o historii naszego kraju, staram się coraz częściej sięgać po literaturę historyczną – jednak nie chodzi mi o książki naukowe. Wybieram raczej biografie, wspomnienia, relacje czy oparte na faktach powieści , bo najbardziej interesuje mnie właśnie codzienność i opowieści zwykłych ludzi, którym przyszło żyć w zupełnie innej niż nasza rzeczywistości. Najciekawsze są, moim zdaniem, czasy II wojny światowej i po książki dotykające tej tematyki sięgam teraz najchętniej. Przedwczoraj skończyłam CZYTAĆ książkę Joanny Mruk, „Moda kobieca w okupowanej Polsce”. To dosyć krótka, rzeczowa opowieść o tym, jak radziły sobie kobiety w latach czterdziestych ubiegłego wieku, kiedy powiedzenie „nie mam co na siebie włożyć” miało zupełnie inny, zdecydowanie bardziej dosłowny wymiar. Co zrobić, kiedy brakuje zimowych butów, pończoch, okryć głowy i płaszczy? Jak poradzić sobie z higieną, kiedy można liczyć jedynie na miednicę lodowatej wody? I czy wypada w ogóle o siebie dbać, kiedy w kraju panuje wojenna zawierucha? Joanna Mruk na te pytania nie odpowiada sama, ale oddaje głos kobietom, które wtedy żyły – publikuje cytaty z pamiętników i czasopism. I mnóstwo fantastycznych zdjęć. Jeśli tematyka ubioru albo II wojny światowej interesuje Was chociaż odrobinę, polecam tę pozycję.

Ponieważ niestety czwarty sezon „Scorpiona” nie jest jeszcze dostępny na Netflixie, postanowiliśmy na razie poszukać czegoś nowego i aktualnie OGLĄDAMY serial „Pod kopułą”. To adaptacja powieści Stephana Kinga. Akcja toczy się w małym miasteczku Chester’s Mill, które nagle, z niewyjaśnionych przyczyn zostało przykryte przezroczystą i absolutnie niezniszczalną kopułą. Mieszkańcy zostają uwięzieni w okręgu o promieniu 15 km, gdzie już po kilkunastu dniach zaczyna brakować leków, wody i jedzenia… Muszę Wam przyznać, że udało nam się obejrzeć dopiero kilka pierwszych odcinków, ale zdążyłam się już wciągnąć w tę opowieść, więc jeśli szukacie czegoś z pogranicza science fiction, dramatu i trihllera – to polecam tę produkcję.

Poza tym pomału zaczynamy wprowadzać się już w klimat bożonarodzeniowy i wieczorami  często odpalamy świąteczne propozycje dostępne na Netflixie. To najczęściej banalne romanse, ale po całym wymagającym dniu takie filmy zimą pasują mi najbardziej. Do tego ciepła herbata, ogień w kominku – i już robi się jakoś przyjemniej. Jeżeli szukacie czegoś do obejrzenia na długie, grudniowe wieczory właśnie w takim klimacie, to na tej platformie znajdziecie naprawdę sporo interesujących pozycji.

A jeśli chodzi o muzykę, to w listopadzie SŁUCHAŁAM dokładnie tych samych piosenek co w poprzednich miesiącach. Dołożyłam tylko najnowsze single Ani Karwan „Głupcy”, Natalii Zastępy „Za późno” i Marcina Sójki „Zaskakuj mnie”.

CZEKAM NA, w pierwszej kolejności – na nadchodzący weekend. Bo choć sobota zapowiada się mega aktywnie, mamy zaplanowanych sporo rzeczy, między innymi rodzinne pieczenie domków z piernika, to niedziela będzie, dla odmiany, leniwa i spokojna – przynajmniej taką mam nadzieję… I sama już nie wiem, na który dzień cieszę się bardziej. A w dalszej perspektywie -czekam oczywiście na Święta. Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie napisać tego na początku grudnia!:) No i może jeszcze na odrobinę białego puchu też czekam. Chciałabym, aby tegoroczne Święta były białe. 

A jak Wam minął listopad? Jakie macie ulubione wspomnienie związane z mijającym miesiącem? I na co czekacie w grudniu? Koniecznie opowiedzcie mi, co u Was. Sekcja komentarzy czeka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.